I zapadła niespokojna ciemność. Nietypowa, nawet jak na to zwariowane miasto. Być może po części dlatego, że reflektory złoczyńców coraz częściej miewają przerwy w dostawach prądu, być może dlatego, że tu od pięćdziesięciu lat jest ponuro. Mimo wszystko, dopiero teraz człowiek zaczął odczuwać to zimno. Pal licho że ciepło dawały te kruche reflektory zła, ważne że ogrzać się można było. Lud coraz głośniej zaczyna skandować – Superman, Superman. Złoczyńcy chcą uciszyć ten „obcy, kapitalistyczny skowyt bumelantów”, ale nie wychodzi. W końcu szepty przeradzają się w krzyk – już nie krzyczą stocznie, już krzyczy całe miasto. Koniec zła jest już bliski.
I nagle rozświetla się niebo, blaskiem swym obejmuje to ponure miejsce. Pierwszy raz czerwień tulipanów jest szczera, prawdziwa, „nie ideowa politycznie”. Nadzieja, Wiara, Miłość znowu są w cenie. Oczekiwanie z minuty na minutę staje się coraz bardziej pasjonujące. Podobno skończy się nasza niedola – krzyczy z tłumu jakiś robotnik. Będziemy bogaci jak ci z zachodniego brzegu – donosi głos z końca hali Olivia. Złoczyńcy szaleją, karzą uderzać z całą siłą, bez sentymentów. Nasz świat nie może się zawalić! Na próżno idą ich starania. Krzyk przerodził się w jeden głos – Solidarny głos ludzi skrzywdzonych przez złoczyńców. Domagają się zapłaty i rekompensaty. Domagają się dobra, które wynagrodzi im zimno w jakim przyszło im stać przez ostatnie pięćdziesiąt lat. Wywołują egzekutora ich wyroku – niewzruszonego obrońce, prokuratora i sędziego zarazem. Jego przybycie jest nieuniknione. W obozie złoczyńców po raz pierwszy dało się odczuć strach.
Chwilę później zjawia się on, przystojny, lśniący, czysty i bogaty. W chwale i blasku doskonale zbudowany heros. Sprawiedliwy do bólu, uczciwy do szpiku kości. Wydawałoby się że sam Bóg zstąpił na ziemię, ale przecież jak to możliwe – mówili że Boga nie ma. Lud wiwatuje – łapczywie sięga po ciepło które z nim przybyło. Po tylu latach, wreszcie można się ogrzać. Jaka ulga i radość za razem. Złoczyńcy popadli w panikę, błagają o litość. Lud żąda stryczka – oko za oko ząb za ząb, idea za idee. Bohater w pełnym godności geście uspokaja Lud. Złoczyńca wyraża skruchę, przyznaje że zbłądził, nie jest godzien czołgania się po tym świecie, ale mimo to błaga o wybaczenie. Bohater wybacza. Jego doskonałość nie pozwala mu na zniżenie się do roli oprawcy. Zaprasza do Okrągłego Stołu złoczyńców. Cóż za gest – w swojej światłości i wyższości pozwala zrównać się swemu wczorajszemu wrogowi w statusie. Lud wariuje z podziwu. Tak, tego właśnie chcemy – o to walczyliśmy, takich rządów oczekujemy. Wiwat bohater! Wiwat nasze miasto! Formalności stało się zadość. Skruszonym pozwolono egzystować, bohater objął tron. Od teraz może być tylko piękniej. Bohater zawsze da nam ciepło, bohater zawsze da nam schronienie, bohater da nam wszystko co zechcemy. Jeden warunek – niech bohater w swojej chwale miłościwie nam panuje. Nie więcej, nie mniej.
I rozproszył się Lud do domów. Przeświadczeni, że dzisiaj zaczyna się historia. Ucichły krzyki, potem nawet szepty. Bohater zabrał się za swoje obowiązki, a Lud przyglądał się im w podziwie. Ale co to? Czemu bohater odbudowuje stare reflektory? Czemu dostawia nowe? Dlaczego jakoś tak nam zimniej, mimo że wieczna wiosna zapanowała? Ciepło mi jest, owszem, ale jak wystarczająco mocno i wystarczająco często chucham w zgrabiałe dłonie.
Z czasem i bezpieczeństwo gdzieś umknęło. Nie wiedzieć kiedy złoczyńcy znowu stanęli nad ich głowami. Fakt, że jacyś tacy inni… podobni do bohatera. Na tyle, że tylko nieliczni dostrzegali różnice. Co bystrzejsi przyjrzeli się też samemu bohaterowi popadając w zdumienie. Skąd te łaty na kostiumie? Skąd wytarte buty? Skąd wyblakła peleryna? Skąd ten siwy włos, ta zmarszczka na czole? Czy coś przeoczyliśmy? I coraz gorzej robiło się w mieście, zdezorientowany Lud pytał – gdzie jest Superman? Czego jest nam źle jako obiecywał, że ma być dobrze? W końcu zniknął bohater. Ale dziwne, bo mówią że cały czas jest obecny. Jakże to? Jeśli tak, to dlaczego nam nie pomaga?
Zebrał się Lud na rynku głównym aby się wspólnie zastanowić. Wybiegł nagle spośród nich jakiś szaleniec – czy to nie ten miejski wariat – szeptano. Głupcy – zagrzmiał szaleniec – bohatera nigdy nie było! A był za razem pośród was. Jakże to? Bo wyście go stworzyli. Swymi czynami, swą determinacją, swym lękiem przed zimnem. A kiedy wasza ułuda stała się rzeczą realną z taką samą mocą, z jaką go stworzyliście, z taką samą żeście go zabili. Bo nie sztuką jest niszczyć, nauczcie się ciemny motłochu budować. Daliście doskonały przykład, że potraficie, teraz tylko bądźcie konsekwentni. Nie zatrzymujcie się w połowie. Żądajcie dla siebie więcej ciepła, bo wasze dzieło nie jest skończone. Gnuśni, którzy sądzą inaczej i wam to wmawiają, są ludźmi chwili. Dla nich czas się dokonał, ale wy musicie iść. Nie pozwólcie aby i was zatrzymano. Jak? Przez działanie – bo to robicie najlepiej.
Minęło już dwadzieścia lat panowania bohatera, który nigdy nie istniał. Czy czegoś lud się nauczył? I tak, i nie. Nie, bo szalony wieszcz znalazł setki swoich marnych naśladowców, a Lud uwierzył, że gadają tak samo prawdziwie, jak tamten. Tak, bo da się w powietrzu wyczuć nadzieję. Tę samą, która poruszyła Lud dwadzieścia lat temu. Czy zamieni się w siłę? Oby tak, bo życie w zawieszeniu coraz mniej mi się podoba.



Oni są śmieszni, a ich Autor, to nie grafoman.
Buziaki